Przybywamy na Maltę o świcie, część załogi budzi się już w kamiennym
porcie, w porannym lipcowym słońcu. Po dwóch dniach agonii pod pokładem
i nieomal uwięzienia na jachcie, jestem gotowa całować maltańską ziemię.
Powstrzymuje, mnie tylko to, że jeszcze nie posprzątałam mesy, a zaczynam
skrupulatnie wywiązywać się ze swoich obowiązków. Powstrzymuje mnie także to, że
załoga bacznie, choć życzliwie, obserwuje moje postępy. Jestem jedyną początkującą
na jachcie i nie chcę sprawić im zawodu.
O to przed nami „niezatapialny lotniskowiec” Imperium Brytyjskiego w czasie
drugiej wojny światowej, kiedyś najdalej na południe wysunięty bastion Europy,
Repubblika ta’Malta, czyli archipelag trzech zamieszkanych wysp: Malta, Gozo
i Comino. Jestem szczęśliwa, mam dwadzieścia cztery godziny, żeby nacieszyć się
życiem na stabilnym lądzie. Kamienna Valetta, stolica Malty, widziana z pokładu,
zapada w unieruchomionym kadrze głęboko we mnie, uświadomię to sobie znacznie
później, po ucieczce z jachtu, w stolicy zupełnie innego kraju.
Podobno, Maltańczycy są bardzo dumni z niezapowiedzianej wizyty św.
Pawła na wyspie w 60 roku n.e. Św. Paweł, oskarżony o szerzenie herezji,
w kajdanach, a jakże, został odesłany z Cezarei do Rzymu, by tam sądził go Cezar.