Nie wiem, jeszcze nie mam pomysłu, jak opisać mój za krótki pobyt na
Malcie, wraca on do mnie po kolei jak pocztówki ze wspomnieniami. Pamiętajcie,
Malta nie daje o sobie zapomnieć, potrafi się zemścić za zlekceważenie jej
w pierwszym odruchu zblazowanego turysty. Zaczynam pisać: „Płynąc Morzem
Tyrreńskim mijamy Sycylię, cieśninę Messyńską i wreszcie lipcowym rankiem
przybijamy do portu w Sliema, skąd widzimy kamienną Valettę. Widok kamiennego,
ciągle tak średniowiecznego wybrzeża, przypomina opowieści o zakonie
szpitalników...”.
I nic więcej, żadnego pomysłu na opis, aż dostaję parę dni temu wiadomość od
znajomego z Francji, który także pojawił się na Malcie, na kursie języka angielskiego.
Pisze, że oczekiwał czegoś więcej, nie tylko kamiennego miasta pełnego śladów,
szukał czegoś, co może odnowić Europę, ale nie znajduje tego na Malcie, być może
niebawem uda się na Gozo. Pisze wreszcie dalej, że być może też, to, czego szuka na
Malcie, musi najpierw poszukać w sobie... No, nie wiem, co mam o tym pomyśleć.
30 sierpnia 2004, Warszawa